Menu

tam gdzie kończy się droga

do poczytania codziennie i od święta, o rodzinnej codzienności, o gotowaniu, o książce, muzyce, filmie, jeżdżeniu samochodami, o podóżach dużych i małych...

muzyczny tydzień

nordkapp77

Po powrocie z urlopu, jeśli chodzi o muzę do słuchania w pracy, nic się nie zmieniło. Tak więc włączałem sobie tego czy innego wykonawcę i od razu milej się pracowało niż w ciszy, czy przy tym co oferuje w necie radio. Zamęczałem więc ostatnio wspominane jakiś czas temu simply red i to z taką intensywnością, że jeszcze trochę, a mógłbym na koncertach zastępować tego rudego. Stwierdziłem też po raz kolejny, że za koncertami nie przepadam, bo o ile w studyjnych nagraniach słucha się tego dobrze, choć mega fanem simply red nie jestem, to na koncertach Mick H. drze się czasem tak bez opamiętania, jakby mu już dechu nie starczyło. Ciekawe czy przebiłby się w takiej tv wypocinie, jak wojs of polandy czy inne mast bi de miuziki? Okazało się też, że o ile na jakiejś mojej składance płytowej wpleciona piosenka Massive Attack jest bardzo nastrojowa i baaardzo miła do posłuchania, o tyle słuchanie tego zespołu ciągiem jest tak niepokojące, że potem w nocy mogłoby być trudno zasnąć. Do tego ich videoklipy, kręcone z rozmachem godnym niezłych filmów SF czy filmów gangsterskich, są niestety czasem dość przygnębiające, jak zerknąłem 1-2, więc ok, że w zasadzie ich nie znam. Milej się tego słucha, niż słucha i jeszcze ogląda. Takie np. Dissolved girl pełne obozowej robotyki i wizji miasta przyszłości specjalnie optymistyczne nie jest.

   dissolvedgirl.ma.google.pl   

Podobnie jest z Garbage. Kilka piosenek mi się podoba, mam nagrane, ale słuchane ciągiem niemiłosiernie męczy wrzaskiem uszy, a klipy to już kompletny popis wariata na prochach, bo takiej ilości barw i kształtów nie byliby w stanie wygenerować nawet do spółki Gaudi, Dali i Picasso.

Znacznie spokojniejsze w odbiorze i mniej przeszkadzające w pracy jest EBTG, w którym produkuje się pani T.T. I choć pani wygląda jak wygląda, to zarówno zespołowe jej dokonania, jak i solowe, czy jako wokal w np. Massive Attack są nader przeze mnie lubiane. Niezłe też jest Hooverphonic, ale przeważnie starsze nagrania, bo im bliżej naszych czasów

hooverphonic.google.pl

tym bardziej robi się to niestrawne. W dodatku śpiewali z różnymi wokalistkami i mi akurat najbardziej pasuje, gdy śpiewała u nich ta (chyba) Belgijka o niemal nie dającym się wymówić na trzeźwo nazwisku. Jeszcze mniej wiem o Weekend Players - poza tym, że kiedyś wpadli mi w ucho i że piekielnie trudno było ich muzę skołować, nawet na wikipedii są tylko 3 linijki opisu. Na szczęście udało się coś tam zdobyć i mam to, co mi się podoba, a w robocie z netu można sobie to i owo odpalić. Szkoda tylko, że to zespół 2 płyt, więc kolejną rzeczą, którą się muzycznie w pracy ratuję, to odkopany z elektronicznej

     marekbiliński.google.pl 

prehistorii Marek Biliński. To oczywiście dość specyficzna muza, ale zaskakująco nieźle słucha się tego po tych 20 chyba latach.

Rozpoczynałem bardziej od grania z werwą, a im bliżej końca, tym coraz spokojniejsze klimaty. Na koniec napiszę więc o jakimś tam albumie Diany Krall, który wyłowiłem w zasobach YT. "Quiet nights" może nie powala na kolana. 

  dianakrall.google.pl

Słucha mi się tego jednak lepiej, niż innych albumów, których nie mam w swoich zbiorach, bo nie dawały się słuchać. Prawie tak dobrze, jak te, które poznałem jako pierwsze ileś lat temu, gdy jakiś gość z radia zaczął nadawać tą muzę w swoich audycjach. Szału nie ma, ale przy tych kawałkach miło i spokojnie mija czas, i dobrze się pracuje. Czas zlatuje MEGA PRACOWICIE nie wiadomo kiedy i można się będzie zaraz szykować do wyjścia UFFFFFF !!!

 



© tam gdzie kończy się droga
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci