Menu

tam gdzie kończy się droga

do poczytania codziennie i od święta, o rodzinnej codzienności, o gotowaniu, o książce, muzyce, filmie, jeżdżeniu samochodami, o podóżach dużych i małych...

telewizja VS. muzyka

nordkapp77

Weekend spędziłem baaaardzo pracowicie, bo raz w roku zdarza się tak, że idę w sobotę do pracy jak jest jeszcze niemal noc i mówię, że wrócę, jak wrócę. No cóż, niestety taka robota i od tego się nie ucieknie. Tak samo, jak nie sposób uciec od wyjątkowo trafnego grafika telewizyjnego, co by ta misja, interesujące propozycje itd... Co więc zaproponowano, by tłuszcza zasiadła przed ekranem i mogła po całym tygodniu w robocie nasycić się czy to kulturą, czy po prostu zresetować mózgownicę? Na "jedynce" po raz chyba 3 w ostatnim m-cu boski Russell jako Maximus Decimus etc, etc... No film ok, ale jak często można to nadawać? Na "dwójce" jakiś teleDurniej czy inne bzdety kabarety od czapy, a potem jak po raz 6562858563 rozpętałem II woj.św. No ludziska!!! Na tvn'ach francuskie pocałunki albo MjakMiłość, tyle że nie serialicho tylko w jednym kawałku, ale tak samo nie do oglądania, jak i to w kawałkach. Padło. Jest też i coś o piekle, ale nie ekranizacja Dantego "z Algierii", więc do niczego. Im dalej, tym coraz gorzej. Arni szuka 8 dnia tygodnia demolując przy tym pół wszechświata. Żenada. Gdzieś indziej czerwone coś tam, co jak włączyłem, to niemal właśnie pół wanny farby czerwonej - zgodnie z tytułem -chlapnęło z tv. Ledwo zdążyłem przełączyć, nim zdążyło wylać się i upaćkać podłogę. Masakra. Rzeczywiście, świetna rozrywka na wieczór. Tak samo jak naparzanka ze Stefanem Senegalem, który jakichś tam wyznawców VooDoo przerabia na kukiełki. No sorrrrry... Z resztą w piątek było niemal to samo. Jedna jedyna pozycja do oglądania była, tyle że w godzinie duchów była. Skądinąd ze wzgl. na tematykę i ujęcia "Wyspy tajemnic" - świetnego filmu - wcześniej puścić nie sposób. Tyle, że można było po dzienniku dać coś innego niż po raz chyba 4 od wakacji filmik z Bratem Pryszczem i elfem LeGolasem lejących się po mordach i siekących krwawo pod Troją. Kiszka do kwadratu. A nawet do sześcianu. Nie wiem, na ile to jest obostrzone prawami telewizyjnymi, kinowymi czy też dystrybucyjnymi, ale czy nie mogliby pójść po calaku i wrzucić do ramówki jakiś obecny kinowy hicior? Coś by się chyba znalazło? A nie potem zdziwienie, że coś wchodzi do kin i mało luda idzie, bo już niemal kto chciał, to zdążył 15 x obejrzeć to w necie. A tak to taki hicior zgromadziłby rekordową publikę przed tv. I reklamy jakie mogliby sobie drogie do tego zażyczyć...

Wiem, że gdyby tylko ktoś chciał, to miałby niemały problem, który film wybrać na taki tele hit. Ale to trzeba by się wysilić i pomyśleć, zastanowić... Wrzucić do jednego magla parę już startych filmideł, puszczanych już do urzygu X razy, a potem losowo porozsyłać do stacji tele, to mniejszy problem i niemal zero zaangażowania. Ale po co? Nieliczni zniechęceni, jak ja, w ogóle tv nie włączą, a reszta zasiądzie i tak, i będzie się gapić, bo coś się kolorowego na ekranie rusza. Ale czego wymagać od "ludziuf", którzy tak potrafią szarpać za zamknięte drzwi z napisem "dziś nieczynne - remanent", że przez ileś godzin szarpania 1x-2x-3x-...-45.5x wyszarpali mocowanie zawiasów drzwi we framudze?

Jednak tak naprawdę to ja mam problem. Siedziałem ostatnio w robocie, miałem full roboty i słuchałem przy tym muzy rozważając podczas niby przerwy, kto większym gitarzystą jest. Zarówno D.Gilmour jak i M.Knopfler to dla mnie muzyczne bożyszcza. I nie chodzi mi tu wcale o wirtuozerię, której im nie brak, ani o styl gry, który też jest niepowtarzalny, o pomysł na piosenkę czy wyrażenie emocji, które mnie akurat nie raz, nie dwa chwytają za serducho.

        z google.pl

Wprawdzie Knopfler ma taką dykcję, że często trudno zrozumieć, o czym śpiewa. W nowszych utworach czasem jest mniej tej gitary a więcej jakiegoś folkowego badziewnego aranżowania. Ale jak nawet w nocy o północy usłyszę jego jakąś piosenkę, nawet taką której nie znam, a usłyszę TĄ gitarę, to bez pudła wiem, że to właśnie ON. Gilmour dla odmiany potrafi w taki sposób wyrazić TO COŚ na pudle i 6 strunach, że słucham tego prawie zawsze z prawdziwą przyjemnością i często też z przejęciem. Oczywiście nie wszystkie piosenki mi się podobają, a niektóre są dla mnie wręcz dramatycznie dramatyczne. Poza tym w pieśniach PinkFloyd gigantyczną rolę odgrywa też jakiś ich dźwiękowiec, który wymyśla różne ciekawe rzeczy, jak nagranie jeżdżących po kałużach samochodów i przyspieszając nagranie 2000x, albo nagrywa kapiącą do kubka wodę z kranu i spowalnia to do tempa niemal że ruchów górotwórczych dodając absurdalnie wydawałoby się basów. Ale jak dla mnie ta powstająca całość - genialna. Którego słucha mi się lepiej? - ocenić nie potrafię. Raz tego, raz tamtego.

Nie wiem też, jakim w najbliższej przyszłości będę miał okazję przejechać się nie swoim samochodem. Teraz specjalnie nic ciekawego do znalezienia nie ma. Może przewiózłbym swoją szanowną pupcię asymetrycznym velosterem od Hyundaja, ale najbliższa możliwa jazda testowa

      

hyundai.veloster.google.pl

wyświetla się u dilera w Australii. W Polandii nie znalazłem takiej możliwości. Zapisałem się więc na jazdę roadsterem, bo jeszcze nie jeździłem, mazdą MX-5. Niestety mazda zmienia fury i nie ma

  mazda.MX-5.google.pl

obecnie do zaproponowania mx-5 do przejechania się. Będą mieli dopiero na wiosnę - mają dać znać - i w dodatku nowy model. To nie nastraja optymistycznie, bo najnowszy będzie wprawdzie lżejszy i mniejszy, ale oby nie był jak w przypadku MINI przeładowany elektroniką, a z pierwszych zdjęć gdzieś tam odkopanych w necie zapowiada się, że będzie niewiarygodnie paskudny.

       mazdaMX-5.2015.google.pl

No nic - zobaczy się, co mazda przyniesie światu w nowym roku. Jeszcze jest nadzieja w szwagrze "każda jazda to przygodaaaa", który zastanawia się nad zmianą jeździdła do przemieszczania się z pkt A do pkt B na PRAWDZIWY SAMOCHÓD. Rozważa więc różne opcje od starego forestera, przez pierwszą tt-tkę, bm'kę e30 po imprezę1. I też ma trudny wybór, co będzie lepsze, podobnie jak ja w przypadku opisywanej dziś  muzy.  Jednak w obu tych przypadkach i tak zdecydowanie to lepsze niż decydowanie, co będzie w tv z tego wszystkiego co "proponują" jak najmniej niestrawne.

 

P.S. Wymieniony wyżej szwagier poinfo mnie, że po pierwsze czappi Alonso to nie czappi Alonso tylko co najwyżej Xabi Alonso, tylko Szpaku źle wymawiał i stąd chyba źle zapamiętałem. A po drugie Alonso nie miał nigdy nic wspólnego z Barceloną, no chyba że był tam na wycieczce, bo piłkę jeśli już gdzieś w Hiszpanii kopał - to w Realu.

 

 

© tam gdzie kończy się droga
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci