Menu

tam gdzie kończy się droga

do poczytania codziennie i od święta, o rodzinnej codzienności, o gotowaniu, o książce, muzyce, filmie, jeżdżeniu samochodami, o podóżach dużych i małych...

wlazł Murzyn na płot

nordkapp77

Podejść do tego filmu zrobiłem tyle, że w międzyczasie wszystkie koty zdążyły już wejść na wszystkie płoty. Najpierw nie było wersji do obejrzenia, bo na wersję oryginalną jestem za cienki w uszach, a innych brakowało. Gdy już udało się znaleźć odpowiednią, okazało się, że wygospodarować 2 godz. 18 min na obejrzenie tego, było w okresie około-wycieczkowo-świątecznym zupełnie awykonalne. Od czego jednak jest taka jakaś 5.oo rano albo zminiaturyzowane ekrany współczesnych telefonów, które niemal można by wepchnąć pod powiekę, a że mają wyjście na słuchawki, można i oglądać w środku nocy, gdy inni się przewracają na 10-ty bok marnując czas na sen. 

fences1fences.google.pl

"Fences", którego to filmu w naszych kinach nie będzie, bo gdyby miał być, to w około pół roku od światowej premiery chyba już by się wyrobili z dystrybucją, a jak wiadomo ciągle się nie wyrobili, to sztuka teatralna w reżyserii Denzela Washingtona. To historia z lat 50-tych czarnej Ameryki. Czarny śmieciarz, mąż i ojciec, miota się w zbliżającej się starości między swym poczuciem humoru, a zajadłością starego dziada, który pozjadał wszystkie rozumy i nie znosi żadnego sprzeciwu. Uważa, że skoro haruje i zarabia, daje rodzinie żreć i dach nad głową, może wymagać, a inni mają go słuchać. Żona zrezygnowała więc dla niego i domu ze wszystkiego poza byciem kurą domową, a on sam z synami jest w konflikcie, bo zamiast uczciwie pracować, starszy chce być muzykiem, a młodszemu nie w smak zapychanie w sklepie czy w warsztacie samochodowym, a raczej rozwijanie w college'u talentu sportowego. 

Dla mnie na pierwszy plan nie wysuwa się tu wcale obraz ciemiężonego w latach 50-tych Czarnego. Owszem, to jest jeden z istotnych problemów w tym filmie, w tej historii, w życiu głównego bohatera, który uważa się za najlepszego bejsbolistę w każdych dziejach, tylko kariera przeszła mu bokiem, bo był Czarny, a świat faworyzował i faworyzuje ciągle tylko Białych. Tego typu problemy były, są i będą zawsze. Istotne jest to, że historię rodziny Maxsonów można odnieść do każdej innej rodziny. Despotyczny i patologiczny ojciec i mąż, któremu zawsze się należy i może wymagać. Jego chore relacje z żoną i synami. Najbardziej związany jest z kumplem ze śmieciarki i kochanką, z którą może się śmiać i być sobą. Synowie to przypadek losu, wobec których ma obowiązek i nic ponad to, ale w zw. z tym może decydować o każdym ich oddechu i kroku. Chory na manię własnego ja palant, który w jednej chwili żartuje, przytula, bawi anegdotami, słusznie zdaje się pouczać innych na swym przykładzie, na przykładzie problemów z własnego dzieciństwa i młodości, ale który nie wyciąga z tej lekcji absolutnie żadnych wniosków i sam na starość coraz bardziej staje się taki sam, jak jego znienawidzony ojciec. To kolejna rola Washingtona, w której zamiast kibicować jego bohaterowi, mamy ochotę kijem bejsbolowym przywalić w ten jego zakuty, cholerny łeb. 

fences2fences.google.pl

Inni aktorzy, wypełniający tło i tą niemal przez cały film teatralną scenografię domu przy ulicy z podwórkiem na tyłach, są tylko dodatkiem, by pan Maxson miał do kogo gadać, od czasu do czasu z kim pożartować, czy z kim się posprzeczać, albo naubliżać. Świetna w roli kobiecej V. Davis tak naprawdę przez większość czasu gra umęczoną, udręczoną kobietę, która przez wzgląd na rodzinę i swoje małżeństwo wydaje się pogodzona z losem. Ma jedno czy drugie mocne wejście, kiedy okazuje się, że i ona chce mieć coś do powiedzenia, że na to sobie całymi latami zasłużyła, jednak to taka próba wyrwania się z tła i nie do końca udana. To nie jej wina, bo w tych kilku momentach jest świetna, tylko tak była skrojona sztuka i scenariusz, że jako ta przywalona domem kura może sobie ten raz czy drugi głośniej zagdakać, ale nie może wypaść lepiej, niż niemal monodramatyczna rola gadającego bezustannie Washingtona. 

Nie ogląda się tego filmu lekko. Niby brak tu nagromadzenia mnóstwa różnych wątków, a akcja ciągnie się przeszło dwie godziny. Nie ma na szczęście odczucia, że się to dłuży, ale odnoszę wrażenie, że pewne sceny można by skrócić, czy bez straty dla filmu zrezygnować z nich, zmieścić się bez trudu w dwóch godzinach, a film by na tym nie stracił. Może wręcz przeciwnie. Nie zarzucam tu temu filmowi przegadania, jak to przeczytałem tu i tam, bo lubię gadane filmy, jeśli bohaterowie mają o czym gadać i przedstawiają to w interesujący sposób. Tu tak jest. Tym bardziej mają o czym rozmawiać, bo to tematyka życiowa, codzienna, rodzinna, być może dotyczy wielu domów, więc to dla mnie akurat żaden problem. Gorzej, że po prostu sama ta fabuła jest tematycznie ciężka i bohaterowie nie ułatwiają nam wczucia się w ich skórę. Poza tym muzyki ciekawej tu brak, ciekawych ujęć brak... Nawet jedyny kwiatek w tym filmie, najbardziej kolorowy i "lekki", po kilku chwilach na ekranie ląduje na podwórkowym klepisku pod ogrodzeniem. Żal....

W teatrze to z pewnością byłoby ciekawsze. Jak ktoś napisał, za rok o tym filmie pamiętać nie będziemy, a szkoda, bo przecież chociażby "Trampek zwany pożądaniem" to też teatralna sztuka. Film jest kultowy. Ten takim nie będzie. Czy to wina samego filmu? Raczej samej sztuki, która jest może i niezła, ale trudna i przez to ciężko się to ogląda, choć nawet warto to zobaczyć.

© tam gdzie kończy się droga
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci